22 września 1944 gdy dowództwo Armii Krajowej zaczęło realnie myśleć o kapitulacji, a 1. Armia Ludowego Wojska Polskiego zaprzestała prób forsowania Wisły, czyli pomocy Powstaniu, w tym dniu opuszczone przez jednych i drugich, a nawet swego dowódcę płk. Radosława (odszedł z częścią oddziałów kanałami na Mokotów) resztki – niedobitki słynnego batalionu “Zośka” rozegrały swój ostatni 24-godzinny bój –najcięższą, a zapewne i najszczytniejszą walkę w całym Powstaniu Warszawskim, co patrząc na szlak bojowy tego oddziału – obrona cmentarzy wolskich do 11 sierpnia, potem niezłomna 3-tygodniowa obrona Starówki (Stawki, Getto, PWPW, Jan Boży i okolice - róg Bonifraterskiej i Konwiktorskiej), po niej niemające porównania w dziejach wojen na świecie przebicie się do Śródmieścia przez kilka linii obrony niemieckiej (jedyny oddział któremu to się udało, reszta przedostała się zbawczymi wtedy kanałami ), następnie osamotniona obrona odciętego również przez krótkowzroczność dowództwa AK Czerniakowa – jest trudne do wyobrażenia i niewątpliwie budzące wielki podziw. Dodawszy do tego kilka dni wcześniej śmierć ukochanego dowódcy (porucznik Andrzej “Morro” Romocki), który wyprowadzał swoich chłopców i dziewczęta z najgorszych kabał, zdaniem płk.Radosława “najlepszy dowódca kompani” z jakim miał się ów zawodowy wojskowy przez okres 30-letniej służby spotkać i zaginięcie jednego z najwartościowszych ludzi z tego najwartościowszego oddziału porucznika “Xiążę” Andrzeja Samsonowicza (brata późniejszego rektora Uniwersytetu Warszawskiego) podczas zapewniania możliwości przeprawy wiślanej jednostkom Armii LWP Berlinga, całkowitą izolację od innych powstańczych dzielnic, głód i pragnienie pomimo bliskości Wisły i przychodzącej z jej drugiej strony słabej, niewystarczającej pomocy, jest to chyba niemożliwe do wyobrażenia. 

  Jak napisał Adam Borkiewicz w swym życiowym dziele:  "Piątek 22.09 stał się dniem klęski oddziałów polskich broniących przyczółka (czerniakowskiego), a jednocześnie dniem ich chwały".

   Określenie kanclerza Schroedera “symbol polskiej chwały, a niemieckiej hańby” idealnie pasuje do losów obrony domu przy ulicy Wilanowskiej 1 i okolicy. Moim zdaniem zasługuje na streszczenie, które poniżej:

   Po 16 dniach samotnej, niesamowicie zaciętej obrony dzielnicy Czerniaków (nierzadko piętro, korytarz, piwnica przechodziła kilkakrotnie z rąk do rąk, by zostać zburzona, spalona lub oddana Niemcom ) w rękach polskich pozostał tylko jedna dość pokaźna kamienica, której broniło około 200 powstańców, prawie wszyscy ranni lub kontuzjowani, wszyscy głodni i potwornie zmęczeni. Przy życiu i walce utrzymywała ich tylko jedyna nadzieja na rychłą, obiecaną przez dowództwo 1.Armii LWP przeprawę na praski brzeg Wisły. W nocy z 21 na 22 września nie doczekano się jej, ale rodacy z drugiego brzegu obiecywali przeprowadzić ją w godzinach rannych:“Tylko wytrwajcie!” –zapewniali oficerowie LWP przez czynną jeszcze radiostację.

   O 5:30 rano na krótko przed świtem Niemcy gwałtownie zaatakowali tyły tej ostatniej kamienicy, jednak szybkie przeciwuderzenie ppor. Witolda (Witold Morawski), niewątpliwego bohatera tego dnia, odrzuciło ich na pozycje wyjściowe.

   8:00 rano – dowódca 3.dywizji 1.Armii LWP przełożył obiecaną przeprawę na godz.9-tą, w tym czasie Niemcy swoimi karnymi kompaniami powtórzyli karkołomnie atak, który mimo dużych strat dotarł do tylnej ściany naszej reduty. Natychmiast wybili w ścianach dziury i zaczęli nimi wrzucać granaty. Niektóre udało się im przez te dziury odrzucić i to oraz kolejny kontratak Witolda zmusił po walce na podwórzu tego domu fryców do ucieczki.

   Do godz. 9-tej Niemcy zaproponowali rozejm dla zabrania rannych i ewakuacji pozostałych w domu cywilów. Kilka minut przed 9-tą Niemcy wiarołomnie zaczęli oblewać budynek benzyną, korzystając z przerwy w walce. Wyczuł to w czas ppor. Witold i ogniem rkm-u spędził podpalaczy (...”b: "Strzelaj draniu!”...), jednak pobliski garaż stanął w ogniu, który niebawem objął I piętro domu. Oczywiście przeprawa nie doszła do skutku, przełożono ją na godz. 12-tą. Pretekstem było zagubienie środków chemicznych mających położyć zasłonę dymną.Cały czas stanowiska polskie były pod nieustannym ogniem z granatników i karabinów maszynowych.

   10:00 silne natarcie npla z 3 stron, wsparte działami szturmowymi (mimo że za Wisłą stały potężne baterie artylerii radzieckiej i polskiej LWP). “Piekło, które się rozpętało nie da się z niczym porównać” wspomina d-ca polski kpt. Jerzy (Ryszard Białous), weteran całego szlaku bojowego “Zośki” i oficer Obrony Warszawy w 1939. Niemcy znowu przyparli do ścian zgliszcza domu i razili ukrytych w nim obrońców. W tym groźnym momencie ruszyło przeciwnatarcie rzucone przez kpt. Jerzego “aby wydrzeć nplowi stanowiska, bez których przeprawa byłaby niemożliwa”. Wsparte w końcu przez artylerię zza Wisły, osiągnęło powodzenie, Niemcy uciekli, lecz pożar rozszerzał się na polskich stanowiskach. Przeprawa została odłożona na godz. 20-tą...